marsja blog

Twój nowy blog

Można by rzec, że jestem prawie szczęśliwa. Mam wakacje, piątek wieczór. Siedzę przy stoliku z laptopem na kolanach w blasku dwóch świeczek o zapachu jagód. Za oknem wieje i pada. Ciemno. Popijam wino El Sol Italia. Kupiłam dzisiaj wreszcie bikini ze spodenkami („znawcy” mówią, że spodenki optycznie zwężają biodra). Nikt mi nie przeszkadza. 6letni kuzyn stwierdził, że moje żółwie są głodne, więc wpakował im prawie całe opakowanie karmy. Spokój z karmieniem na kilka dni, jeśli nie tygodni. W tle buja Nosowska. Może później wyjdę zapalić, poukrywać się przed całym światem z tym. I poklnę. Zabawne, że uprawiam podobno 2 rzeczy, których mężczyźni nie akceptują. Rozumiem ich. Nie wiem dlaczego, powinnam w sumie pisać tu o równouprawnieniu i innych duperelach. Kobieta to kobieta, mężczyzna to mężczyzna. To ze mną jest coś nie tak.

Pierwszy rok studiowania za mną. Jakieś podsumowanie? Nie licząc chyba tysiąca nowych znajomości, kilkudziesięciu godzin rozmów, kilku imprez, kilkunastu postanowień typu „już nigdy nie będę pić” i ogromnego postępu w hiszpańskim, po staremu. Zmieniłam jedynie kierunek dojazdu, godziny wstawania i kładzenia się spać. No i oddaję już krew regularnie. A do października jeszcze kawałek, więc mam nadzieję, że odpocznę od uczelnianej dziwnej rzeczywistości.

Ok., skończyły mi się tematy do rozważań. Bo tematy uczuciowe niebardzo istnieją w moim życiu. I to chyba dlatego jestem PRAWIE szczęśliwa. Jedno wielkie guano. Do urodzin: 22 dni.

Obraziłam się na świat,
nie mieszkam tam gdzie dawniej.
Od miesiąca mym domem jest lodówka.
L
ubię jeść, więc mało jest miejsc, gdzie mogłabym czuć się szczęśliwsza..
Na białych drzwiach wywieszka czarna a na niej na żółto me nazwisko.
Mam tu wszystko czego trzeba:
święty spokój i ulubioną porę roku..”

Kobiety o podwyższonym poziomie testosteronu we krwi są weselsze, mniej podatne na depresje, podwyższone libido. Nie umie tego sprawdzić, ale chyba tak ma. Na pewno w jakiś sposób przez niego.

Nie chcę tu opisywać jakichś niestworzonych historii pewnej znajomości, bo nic takiego nie było. Ot tak, trochę cwaniactwa, trochę ciekawości, trochę egocentryzmu. A potem poszło jak z górki. Licząc po cichu że coś „zaskoczy” generalnie była nastawiona na „nie”. Bo niby co? Że zobaczy jej zdjęcie i od razu zaproponuje spotkanie? A co niby ona jest- Eva Longoria?! Mimo całego „zamieszania” w skrzynce odbiorczej miała łeb na karku. Bez nacisku, spokojnie, okaże się.

I zaczęło się toczyć. Tak jakoś normalnie. Pomału. Czeka na dalszy ciąg..

Przypominając sobie poprzednie znajomości stwierdziła, że wszystko było dziwne. Albo ona nie pasowała. Jeden, cwaniak, myślał, że skoro się jej podobał 4 lata temu to teraz- gdy nie ma już laski- może do niej zagadywać i prosić o spotkanie. To Se Ne da.

Inny myślał, że będzie chciała być „tą drugą, cichociemną”.

A znowu kolejny sądzi, że jest zajebisty, bo jest singlem i sprzedaje zegarki.

I pakowała się w takie gówna, za przeproszeniem, regularnie. Ale już dość..

Wracając do poprzedniej notki- nic nie dzieje się bez przyczyny. Może i tutaj to był ten „wstrząs” przy jego nazwisku. Nie znając go i nie wiedząc jak wygląda (mniej więcej) zagadała. Opracowała głupi plan, który, o dziwo, zadziałał.

Teraz ma testosteron we krwi od kilku dni..

Heloooooł! Wróciłam i jestem. Chciałabym napisać, że nie było mnie z powodu jakiejś ważnej sprawy, że z powodu wyjazdu, z powodu zakochania czy innego dziwactwa. Nie było mnie z najnormalniejszej rzeczy na świecie- z powodu lenistwa. O.

Dziwne, że jak nie mam czasu na pisanie, po głowie mi chodzi tysiące myśli. Ale gdy już mam czas, mogę pisać- pustka w głowie. Tak jest i tym razem. Proszę o wybaczenie wielmożnych czytelników, że się wyrażę. Postanowiłam pisać krócej a częściej.

Tak więc aby nie było pusto- zostałam blondynką. A raczej bardziej wyglądam jak jeden z braci Słowian z plemienia Piastów, tych od Kołodziejów. Ale mi pasi.

 

There are no coincidences, Delia… only the illusion of coincidence. I w to (jak powiedział Pan V.), coraz bardziej zaczynam wierzyć. W sumie to chyba wierzę już zupełnie. A cytując Pana O.W.Granta: Every event is inevitable – if it wasn’t, it wouldn’t happen. Coś chyba w tym jest. Nie ma przypadków. Wszystko co się dzieje jest nieuniknione. W przeciwnym wypadku to by się nie zdarzyło. Może idę na łatwiznę, może staram się wszystko wytłumaczyć, jak starożytni tłumaczyli sobie niewyjaśnione zjawiska przyrody istnieniem bóstw. Każdy ma swoją filozofię, ta jest moja. Tak samo jak ta, że człowiek nie jest jednym z kilku miliardów szarych trybików ogromnej maszyny, która napędza świat. Wolę być wyjątkowym pierwiastkiem (nieopisanym), pierdoloną Mrówką Z. No trudno, co niemniej nie oznacza, że jestem egotykiem (nie w 100%, może w 85). Ale tam chrzanić to. Idę oglądać „Spadkobierców”.

 Victims; aren’t we all?

Lubię oglądać filmy. I już wiem dlaczego. Dzisiaj wywnioskowałam czemu podświadomie wolę spędzać sama czas i wpatrywać się kolejną godzinę w monitor obserwując zmagania wymyślonych postaci granych przez snobistycznych milionerów.

Wymyślone postaci nie obiecują. Nie kłamią. Nie zawodzą. One pojawiają się w pierwszej minucie i znikają po napisach. Nie spędzają ze mną dnia. Nie rozmawiają ze mną bezpośrednio. Nie są miłe tylko jak czegoś ode mnie potrzebują. Mają mnie generalnie w dupie. Jak wszystkich. Taki układ oczywisty. Ja gram- ty oglądasz. Nasz związek trwa półtora godziny. Niczego nie oczekujemy od siebie. Fajnie cię widzieć, ale do jutra możesz mnie zapomnieć a ja ciebie. I nikt tutaj nie płacze.

W życiu jest na odwrót i to dlatego nie ufam. Bo jak zacznę to jeb! Znowu ktoś mi uświadamia, że to nie jest film, że tutaj są jakieś zasrane reguły i tutaj nie można mieć nikogo w dupie. A jakoś ja się czuję coraz częściej jak widz a ludzi wokół postrzegam jako postaci z filmów. Wszyscy i wszystko jest ważniejsze. Ja to zawsze nie ten czas i nie to miejsce. A w razie czego można mnie nazwać głupią kłamczuchą, bo łatwiej, prawda? Zawsze można powiedzieć „sory, ale nie”, „on był pierwszy”, „jednak zmieniłam zdanie”, „i po co kłamiesz?!”. Skoro wszystko jest skazane na niepowodzenie, to dlaczego mam się kłócić i dyskutować? Ano żeby można mnie było nazwać niewychowaną i krnąbrną.

Filmy są lepsze, definitywnie. Nie ranią.

 Take a bow, play the part of a lonely, lonely heart
Say goodbye to the world you thought you lived in
To the world you thought you lived in

Podwyższone OB i
obniżona morfologia nie świadczą o żadnej chorobie. Czasem tak jest. Wystarczy pić
sok z marchwi, żreć nać pietruszki i już.

Rodzice się do
siebie nie odzywają. Ot, taka tradycja przedświąteczna.

Śliczny był w
Alpach i chodził prawie nago po śniegu. Teraz jest chory. I zły i nikt się nie
może do niego zbliżać.

Białej nie umiem
rozśmieszyć. Woli Resztę. Reszta ma to „coś”. Biała generalnie chyba za mną nie
przepada.

Czarna zadzwoniła. Lubi
mieć ten „konekt”. Ale i tak to nie zmienia faktu, że chce spieprzyć do
Wrocławia.

Dagmara ma ciągłe
depresje na przemian ze stanami euforii. Czasem się spóźnia do szkoły. I chce
się wyprowadzić z domu. Do Wrocławia, dokładniej.

Siwy jedzie do
Warszawy. Na Ruhanne. I ma dziwne kontakty ze swoją byłą/obecną/byłą/obecną
dziewczyną.

Pedro ma mi dać te
filmy, ale ja się opieprzam i nie umiem znaleźć krzty chęci, żeby je zabrać.

Długas permanentnie
oświadcza, że kocha nas wszystkich. Cholera, gdybym nie wiedziała, że to
człowiek przesiąknięty cynizmem, uwierzyłabym.

Ktoś już się do
mnie nie odzywa. To ja go wrednie potraktowałam.

Pimol jest chorzy.

Szajba, dekiel
jeden, zapomniał płyt przekazać.

A w Chinach dalej
protestują.

 

 

Za oknem zima trwa.

Tak jak trawa jest zielona, tak życie Ograniczonych jest nudne.

Ot tak.

Ograniczone umysły już tak mają- są po prostu nudne. Ani o czym z nimi pogadać, ani co ciekawego porobić. Tak tylko gniją, już nawet nie egzystują, gniją jak pierwsze lepsze gówno i gapią się w monitor. Co tam widzą? Inny świat. Lepszy. Idealny. Zapytane przytakują, coś mrukną pod nosem, zrobią skurcz mięśni twarzy i znowu- uff- spokój na kilka chwil od ludzi.

Nie są elokwentne, zacinają się(nie tylko przy goleniu), wyjaskrawiają albo przyciemniają świat. Jak nie wiedzą co powiedzieć albo jak się zachować, robią głupie miny. Nie umieją dobierać ciuchów, nie lubią dyskotek.

Układają plan idealny ucieczki. Starannie i misternie knują. Takie knury z nich. Czasem ktoś wejdzie im w drogę i popsuje jakąś część układanki(Ograniczeni się wtedy cieszą, naprawdę), ale ten ktoś przeważnie szybko znika i mogą działać dalej. Problemem jest fakt, iż nie wiedzą tak dokładnie dokąd chcą uciec. Liczy się idea. Idea podtrzymuje ich każdego dnia od upokarzającego upadku na środku „wychodka” między dwoma budynkami uczelni i upokarzającego zanoszenia się szlochem. To jest takie ograniczone.

Bo właśnie- ograniczenie Ograniczonych jest zabawne. Oni tego nie lubią. Ograniczenia. Jakby nie było ograniczenia jako takie samo w sobie z definicji musi ich ograniczać, więc paradoksalnie odsuwają to swojego rodzaju powołanie czy przeznaczenie, robiąc z siebie durni.

Ale oni też czują. Niekoniecznie lubią jak ktoś się z ich śmieje bez przerwy. To jest smutne. Chyba nie bardzo też lubią jak ktoś ich olewa. To ta nie całkiem rozwinięta duma. I chęć akceptacji. Bo niby w dzisiejszym świecie tolerancja najważniejsza.

Sucha trawa jest żółta. A spalona jest czarna..

Tutaj miała być wesoła notatka. Nawet kilka takich. Ale,
wiesz, u mnie tak zawsze- planuję a później i tak gówno. Gówno będzie gównem,
anyway, więc na jedno wychodzi. A jaka będzie ta konkretnie notatka to się
okaże. (nie potrzeba zbędnych metafor, prawda?)


“Breath it
in and breath it out
and pass it on it’s almost out
We’re so creative and so much more
We’re high above, but on the floor”

Nie wiem jak to się dzieje, że nie potrafię być normalna. Taka
nie że szara, nudna i zwykła. Ale normalna. Racjonalna. Na bieżąco. Trzeźwo myśląca.
Uśmiechnięta. Optymistyczna. Wesoła. Zabawna. Ładna. Inteligentna. Zamiast tego
wszystkiego bujam gdzieś tam w obłokach. Marzę o rzeczach, które mi się nie
przytrafią nawet gdybym miała 10 żyć.

Zamiast normalnie gdzieś wychodzić w weekendy, spędzam czas
oglądając filmy. Na okrągło. Po nocy mi się śnią filmy i aktorzy. Ale ja to
kocham.

Zamiast mieć jakiegoś chłopaka, jak inne normalne osoby, to
ja porównuję. Ale ironią jest fakt, że żaden mi nie pasuje, bo żaden nie jest Nortonem,
Goslingiem, Oldmanem, Balem, Fiennesem czy Gyllenhalem. Dlatego to jest z góry
przesądzone. Lepiej siedzieć w domu i oglądać.

 

“The deeper
you stick it in your vein
The deeper the thoughts there’s no more pain
I’m in heaven, I’m a god
I’m everywhere, I feel so hot”

Lubię spędzać czas ze sobą. To takie łatwiejsze i
przyjemniejsze niż kolejne kłótnie i niedomówienia. Tak, rozmawiam też ze sobą.

Czasem żyję marzeniami. Całkowicie. Nie obchodzi mnie co
Doda ostatnio powiedziała, co z polityką czy kto gdzie i z kim. Czasem przestawiam
swoje myśli na inny poziom. Uciekam gdzieś, gdzie jestem tą „fajną”. Gdzie mnie
lubią i znają. Wiem, że to brzmi jakbym miała góra 10 lat. Chyba jestem ciągle
jeszcze dzieckiem. No chyba raczej. I to wszystko przez te filmy.

Mam takie coś, że mogę myśleć o 20 rzeczach naraz. I opowiadając
coś, robię ciągłe dygresje, coś mi się przypomina. Dlatego nigdy nie umiałam
opowiedzieć mamie o czym był film, bo nie umiała się końca doczekać a brat się
ze mnie śmiał, że ja bym reklamy nawet opowiedzieć nie umiała. Jakie to
przykre. A ostatnio miewam znowu to samo.

Dodatkowo mam sklerozę. Nie pamiętam, że po drodze z
przystanku miałam wejść na pocztę, chociaż w autobusie jeszcze pamiętałam. Zapominam
zrobić rzeczy, o którą mnie ktoś prosi 10 minut wcześniej. To też jest przykre.

Mam znajomych. Głównie dziewczyny teraz aktualnie. Ale widuję
się z nimi ok. 7-8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. I to na zajęciach. Przykre
do kwadratu.

Nadal lubię mówić o śmierci. Wystarczająco często jestem
zabijana w snach. A ślady po żyletce się już zabliźniają. Do lata powinno zejść.( “it’s not a habit, it’s
cool I feel alive, if you don’t have it your on the other side”)

 

“It’s over
now, I’m cold, alone
I’m just a person on my own
Nothing means a thing to me
Oh, nothing means a thing to me”

Widzisz, nawet moje słowa i zdania nie trzymają się ładu i
składu. Chcąc coś opisać nie umiem utrzymać tego w jakimś logicznym porządku,
bo tego jest za dużo. Czasem chcąc coś szybko napisać przemieniam literki. Ale sam
chciałeś się czegoś więcej o mnie dowiedzieć. No to masz.

“Free me,
leave me
Watch me as I’m going down
Free me, see me
Look at me I’m falling
And I’m falling…”

 

A teraz pozwól, że pójdę spać, bo jutro postanowiłam zrobić
sobie kanapki na zajęcia. Bo krzyczeli po mnie jak przez 5 dni jadłam głównie
chipsy i pomarańcze. Dobranoc.

 

 

..i chciałabym być niewidzialna..

Pieprzony
czas. ‘Make a stupid remark, kill yourself. You like the movie,
you live. You miss the train, kill yourseIf.
 
Nie rozumiesz- nigdy nie zrozumiesz do
czego może doprowadzić obojętność innych. I życzę ci tej nieświadomości. Ciesz się,
że masz przyjaciół i znajomych na których ZAWSZE możesz liczyć. Że masz komu
oddać swe serce, że możesz. Nawet jeśli czasem to wszystko pluje jadem. Popluje,
przestanie. (wierz mi, że niektórzy woleliby czuć trochę tego jadu na skórze,
niż zdrapywać suchy naskórek).

I, cholera jasna, nie mów mi, że nie wolno się ciąć. Nie mów,
że zachowuję się jak dziecko. Że nie wypada dziewczynie pić. Że jestem leniem. Że
wredna, że mam głupie myśli, że wątpiąc w moją urodę jestem głupia. Że to całe
dołowanie się jest jakimś chorym absurdem.

Nie mów mi. A jeśli już naprawdę chcesz- to najpierw poczuj
to co ja. Poczuj taką pierdolną izolację od reszty świata, od rzeczywistości. Poczuj
ten ból, którego żaden środek przeciwbólowy nie zwalczy. Poczuj zmęczenie po
bezsennej nocy. Poczuj to kołaczące serce po kolejnym koszmarze, kiedy w końcu
uda mi się zasnąć. Brak ochoty każdego kolejnego poranka do wstawania z łóżka. Poczuj
obojętność. Poczuj tą ochotę znalezienia się po drugiej stronie. I jak wtedy wszystko
pulsuje jakby miało wybuchnąć. Poczuj to mrowienie w rękach i swędzenie. I dopiero
wtedy mów mi, że życie jest zajebiste.

 

Ktoś miał mnie zabrać do kina. Ktoś miał mi pożyczyć książkę.
Ktoś miał przyjść na kawę. Z kimś miałam iść na piwo. Ktoś miał mnie zaprosić na
mecz. Ktoś miał mnie zabrać do domku w górach. A ktoś miał ze mną zjeść domowej
roboty kebaba.

Ktoś kiedyś był. I znikł. Kto to był?

Fuck the moods.

1 komentarz

I co z tego, że rano będę miała rękę w nocniku. Co z tego,
że już jestem COMPLETE lack of surprise. I co że zremisowaliśmy. Że jest 02:30,
a o 20:30 naszego czasu zmarł w USA Heath Leder zmarł. Że nawet trochę
popisaliśmy. Ale że fak ju. No na co mi to wszystko?!

Z własnego lenistwa będę miała rękę w nocniku, bo MOGŁAM,
owszem, ja zawsze mogę, ale później, po fakcie. Nic mnie już nie zaskoczy,
nawet gdybym pod oknem miała stado słoni z karteczką „Pozdrawiamy z Alaski. Mama
i tata.” Zremisowaliśmy, cholera, bo do dupy graliśmy, a ja miałam prawie
zawał. On zmarł, 29 lat, tajemnica Brokeback Mountain jedna. Taaa pisaliśmy o
dupie Maryni, jak zwykle. Fak juuuu dla wszystkich.

Mam cholera doła pierdolnego. Jak długo? Hmm, jakieś 5 lat,
I think. Who cares anyway?

 

Lepiej nic nie wiedzieć. Nie mówić. Nie myśleć. Nie być. Umrzeć.

Cholerna bezsenność. Dopada człowieka zawsze wtedy kiedy nie trzeba. Jak o 7.30 rano po całonocnym piciu nie chcę iść spać, zasypiam nieprzytomnie. A jak muszę rano wcześnie wstać, to proszę bardzo- ni chuja.

Leżąc w łóżku sobie rozmyślam przez pół nocy co zrobiłam, co zrobię, co jest nie tak a co tak. To nie chodzi o to, że nie umiem spać, bo się czymś przejmuję. To takie flashbacki we wspomnieniach bliższych i dalszych. Nic zobowiązującego. Jak zwykle..

Nowy rok. Nowy styczeń, luty, nowe wakacje, nowe święta. Nowe urodziny- znowu muszę sobie jakiś sms zapisać, żeby posyłać przez najbliższe 12 miesięcy. Powitałam go bardzo miło. W stanie lekko wskazującym. Lekko bardzo zresztą. Ale ci nowo poznani ludzie byli mi poniekąd bardzo potrzebni. Taka odskocznia, coś innego. Nowego. Jakaś forma terapii, potrzeba chwili(dość długiej chwili). Było cudownie wręcz. Żałuję tylko jednej rzeczy, której nie zrobiłam. Ale tego lepiej nie napiszę na głos. Może kiedyś.. Fajni ludzie, naprawdę. Aż zazdroszczę bratu i koleżankom, że mieszkają w tym akademiku. W sumie, odwiedzać ich zawsze mogę, a tak pewnie z moimi skłonnościami do nałogów zostałabym alkoholikiem. Jest jakaś dobra strona tego wszystkiego. I tej wersji się trzymajmy.

 

Że piję? Coraz częściej? Nie jestem pijakiem. Nie muszę pić. Nie chcę także nikomu zaimponować. Bo jak można imponować piciem alkoholu? Po prostu lubię. Nie wiem dlaczego, jakoś okazji robi się coraz częściej. Nikt mi nie zabrania, nawet w ciągu tygodnia- niby czemu miałby ktoś to robić, skoro nie mam kaca na następny dzień, nie rzygam i mogę dużo wypić? I tak mogę pić teoretycznie od poniedziałku do niedzieli. Bez żadnych konsekwencji. Jako ukochana córeczka, ta zdolna, która zawsze musi być idealna i najlepsza, wstając rano na zajęcia i nie mając bólu głowy, jestem rozgrzeszana. Rozgrzeszana tylko na podstawie tego, że rano mówię normalnie, chodzę normalnie i nic mnie nie boli. To już podczas okresu gorzej się czuję. No ale wracając, piję, tak. Wino, wódkę, piwo. Wina chyba ostatnio najwięcej. Wódkę tylko na specjalne okazje. Jak już pisałam, takowych okazji jest coraz więcej.

A co wtedy czuję? Co mi to całe picie daje? Nic. Nic oprócz tego dziwnego stanu uniesienia, który łatwo można zamienić w rozmowę z kiblem. Jakby się wypiło o ten jeden kieliszek więcej. Ten stan pozwala mi na wiele- głównie na rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła. Podoba mi się chłopak- mogę sama zagadać. Pokłóciłam się z kimś- rozmawiam, czy przepraszam. Może nie chodzi tutaj o odwagę(chociaż zapewne też), ale alkohol zakrywa mi dumę i wstyd. W końcu zawsze można powiedzieć, że się jest pijanym. Proste. I uczucie sławnego ‘helikoptera’. Ale on jest fajny tylko do momentu położenia się do łóżka.

 

Wszystko się rozsypało. Ot tak. Wypadło z rąk(tak jak mi zawsze wszystko wypada) i rozpadło się. Znajomości się rozpadają. Związki też. Przyjaźnie. Więzy.

 

Nie ma miłości.


  • RSS