Dawno temu, gdy powstawały pierwsze komputery, regularnie dodawałam notki. Jako że jestem na zesłaniu, dodaję rzadziej. Nie, żebym czasu nie miała, raczej chęci. Prawie dziennie sobie mówiłam „dodam dzisiaj coś, coś napiszę, opiszę, zaskoczę” ale jakoś później zawsze było coś innego, ważniejszego, lepszego. Ale życie potrafi zaskoczyć. Chciałam opisywać śmieszne momenty, ciekawostki, chwile zwątpień czy żali. I co mnie w końcu skłoniło do napisania? Wejście do biura Pana Carlosa. Pan Carlos jest kimś tam co liczy coś tam. Uśmiecha się rzadko. W ciągu 2 miesięcy moich tutaj powiedział „dzień dobry” 2 razy, w tym raz jak mnie przedstawiano. Również rzadko go widuję, i lepiej. Ciągle twierdzę, że jest gejem. Taki głos, takie ruchy. I nic i nikt tego nie zmieni. Moich poglądów, znaczy się.

Czemu on akurat? Może potrzebowałam jakiejś błahostki, która mnie sprowokuje do zaczęcia od dupy Maryni? Tak sądzę. Także już sprowokowana, opiszę skrótowo ostatnie 2 miesiące.

Początki zawsze są trudne. Doświadczona zeszłorocznym pobytem w Hiszpanii, starałam się nie zwracać uwagi na cisnące się do oczu łzy, na nienawiść do każdego przechodnia i na ten głupi język (w tym czasie). I jakoś się potoczyło. Jedno wyjście, drugie, trzecie, kolacja, botellón, praca, ludzie, ludzie, ludzie. Hiszpanie, Włosi, Anglicy, Szkoci, Amerykanie, Francuzi, Portugalczycy, Niemcy, Peruwianie. Masa. Nie jest źle. W pracy spokojnie. Mało roboty, dużo siedzenia po fejsbukach i innych pudelkach.

W ostatnie 2 weekendy byłam w wiosce o wdzięcznej nazwie FELECHOSA. Korzystając z okazji, że Tony wynajmuje tam mieszkanie zimą i jest instruktorem snowboardu, pojechałam. Standardowo, tyłek potłuczony (za każdym razem gdy chcę usiąść, jest mi to dyskretnie przypominane), kolana- jedno całe sine, drugie coś zaprotestowało, nogi przypominają moro, ale gwoździem programu jest stłuczony-prawie-wybity łokieć, a do incydentu doszło w sobotę, że przedwczoraj. I co? I pstro. Mam kłopoty z wyprostowaniem, zginaniem łokcia i jakąś bułę. Ale już już lepiej.

Wracając do MORO. Poznałam znajomych Toniego. Niektórych poznałam już 2 lata temu, ale to było takie „nijakie, krótkotrwałe i mało pamiętliwe”. Co ciekawe, ludzie, których ja pamiętałam mnie nie pamiętali, a których ja nie pamiętałam, pamiętali mnie. Taki los. Anyway, był taki jeden, który mi się podobał już wtedy, dawno temu (nie wiem, cholera, dlaczego; może przez to, że nie zwracał na mnie uwagi, luzerka). A jako że wiedziałam iż oni wszyscy się jarają snowboardem, było bardzo prawdopodobne, że go tam spotkam. Tak se to obliczyłam. I faktycznie był. Chociaż z jednej strony była obawa, że znowu będzie olewka. Ludzie pod niektórymi względami się ni zmieniają. Ale nieee. Było bardzo sympatycznie, jak na tę krótką chwilę (z racji na to, że ja pierwszy raz miałam kontakt z deską i średnio bym wyglądała turlając się po stoku, a on prawie całe życie jeździ), którą miałam możliwość spędzić koło niego. Radość, radość, radość. W Wielki Czwartek pojechałam już bez nadziei na zobaczenie GO, gdyż ponoć jechali na jakiś tam konkurs surfingowy nad morze. Z tym że niedosłyszałam chyba, bo Moro pojawił się i w czwartek. Z Vero (była dziewczyna Toniego, więc trochę sytuacja była akward, bo obydwoje są dla mnie świetnymi przyjaciółmi, jednak sami ze sobą nie potrafią spędzić 5 minut), więc niespodzianka podwójna. I Moro się rozgadał i pytał i zagadywał, ale znowu krótko. Nic to. W sobotę poznałam kolejne osoby z „paczki”.

Było śmiesznie, tanecznie, pijacko i wróciliśmy do mieszkania o 9 rano. Śpiąc w jednym pokoju z chrapiącym mi nad uchem Davidem (kolejny znajomy), mało się wyspałam. W domu u siebie byłam o 19.30. Takim więc sposobem dzisiaj padam na ryj, w pracy(bo dzisiaj, cholera, tutaj się pracuje) się ze mnie śmieją, że każdy poniedziałek się resetuję i rozmawiam normalnie dopiero we wtorek. Zły zły dzień.

Ale nie żałuję niczego. Ani stłuczeń, ani zmęczenia. Bo poznałam ludzi(znowu, w tym właścicieli barów i restauracji ^^) potańczyłam, zobaczyłam kogo chciałam. I się nie mogę doczekać kolejnych weekendów.