marsja blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2010

Trzeba wylać wszystkie żale. Może tutaj, skoro na emigracji nie dane mi jest spotkać innych kompatriotów. I może pomoże.

Sobota. Wreszcie możliwość wyspania się za cały tydzień (i odespania świąt). Ciągłe pobudki w nocy (cholerne łokieć z nadgarstkiem do dzisiaj dają o sobie znać). Ostatnia pobudka ok. 8 rano. Później sen. Człowiek się powiesił na jakiejś górskiej polanie. Wisi pod skałą, pod czymś co przypomina jaskinię. Jestem z 2 kolegami (jednak nie pamiętam kto to był). I był jakiś przesąd, że nie wolno wchodzić do jaskini. Jeden z kolegów wszedł („a co mi tam! Ja w takie rzeczy nie wierzę!”), wyszedł drugą stroną, stał na skale, pod którą wisiał trup. Drugi podszedł od tyłu do wisielca (musiał się powiesić niedawno, ciało wyglądało „normalnie”) i go złapał, jakby chciał go objąć. Nieboszczyk zaczął się rozpadać. Tak jakby w środku miał miazgę, no zepsute ciało. Odpadały ręce, tułów się rozrywał, nogi. Wszystko. W tym momencie telefon. Sygnał. Tata. Trzeba wejść na skype. Na pewno coś się stało- jest sobota, 10 rano. Komputer nie chce się włączyć. Z coraz większym stresem włączam drugi raz. Ok., działa. Dzwonię. I ten cholernie poważno-smutny ton głosu ze zdaniem „wiesz co się stało?” To uczucie ściskanego żołądka i całego przewodu pokarmowego, fala ciepła na udach, które trwały ułamki sekund. W myślach: „Ktoś umarł! Tylko nie to..” Oczywiście na myśl przychodzi w pierwszej kolejności najbliższa rodzina. I mój zachrypnięty (jak u osoby wyrwanej ze snu) i cichy głos „co?!”. „Prezydent nie żyje”. I przemiał informacji w mojej głowie (jakoś nigdy w takich momentach strasznych wiadomości nie mam pustki, mam AŻ NAZBYT)- przecież 60 lat, może zawał, zdarza się, tylko czemu głos taty taki za bardzo dziwny..? może zamach, to by tłumaczyło szok, może spadł ze schodów- cokolwiek. Trzeba tutaj wziąć pod uwagę fakt, iż jako emigrant, nie jestem na bieżąco ze sprawami w Polsce. Wtedy tata wytłumaczył- katastrofa, samolot, Katyń, wszyscy zginęli. Ministrowie, generałowie, biskupi, żona, dzieci ofiar, załoga, wszyscy. Wielka tragedia, cały świat o tym mówi. I pytanie „a u ciebie jak tam?”, „noo jestem w szoku, nie wiem co powiedzieć..”. „To możesz iść z powrotem spać, chciałem żebyś wiedziała co się stało, resztę doczytasz z netu, bo wiem tylko tyle”, „nooo teraz bankowo zasnę, ok. trzymaj się pa”. Wejście na jakąkolwiek stronę Onetu graniczyło z cudem, więc weszłam na gazety hiszpańskie „La nueva Espańa”, „El Pais”, „El Mundo”, etc. Doczytałam, na tyle na ile oni sami byli poinformowani. Potem łzy, nadal szok. Pierwsza wiadomość do Toniego (miałam z nim w góry jechać, dowiedziałabym się pewnie w niedzielę wieczorem dopiero), druga do Yulissy z prośbą o jak najszybsze wyjście do parku. Nie mogłam zostać sama z tym. Dzień w parku, wieczór też poza domem. Na chwilę się oderwałam. Ale mając znajomych z różnych państw, nie do uniknięcia były wyrazy współczucia, lub zdziwienia. Wygrał Anglik, który powiedział „przykro mi z powodu waszego prezydenta. Ale mój niemiecki kolega powiedział mi, że był dupkiem”. Jakaś taka może godność, może przybicie , pozwoliło mi tylko na skomentowanie tego „nie był. Był moim prezydentem”, zamiast najeżdżać. Całe niedzielne popołudnie spędziłam na analizowaniu wszystkich informacji w sprawie katastrofy. Jak nawiedzona, płacząc to tu, to tam. Była też rozmowa z Białą, co mi pomogło wielce. Natomiast każda rozmowa z jakimkolwiek Hiszpanem była przeze mnie ucinana prędzej czy później. Każdy, dosłownie mówił „ja bym wolał żeby to był samolot z naszymi politykami, z Zapatero na czele”, „nie mów tak!” „ale to prawda, to banda skurwysynów”. Może przewrażliwienie, może naiwność, ale nie mogłam sobie pozwolić na takie komentarze. Nie w tym czasie. W końcu po kolejnym tego typu komentarzu, zapytałam „z tego co wiem, u was panuje demokracja. Więc, skoro wszyscy tak narzekacie, to po cholere ich wybieraliście?!” odpowiedź „bo ci drudzy są gorsi.” Nie wiem, nie umiem tego skomentować. Każdy ma jakie ma podejście do ideologii politycznych, ale inną sprawą jest szacunek dla zmarłych. I nie chodzi mi tylko o prezydenta, także o pozostałych ludzi. Żal mi ich rodzin, rodziców, przyjaciół, dzieci. Cholera, przecież oni zginęli od oparzeń! Trzeba było robić badania DNA żeby ustalić tożsamość. To nie było pstryk! i już. A ich rodziny nawet nie mogą ich zobaczyć. Widzą tylko zamknięte trumny. Do wtorku chodziłam nie rozmawiając z nikim. W poniedziałek szef przyszedł złożyć mi kondolencje. Chyba się przejął. Jak z nim rozmawiałam, 2 razy prawie się popłakałam. A reszta dalej nie rozumiała.. Tony we wtorek mi powiedział, że myślał, że po mnie to spłynęło (bo on by tak zareagował) i zdziwił się, że tak to przeżywam. Zwracając jednak uwagę na fakt, ze do poniedziałku nie umiałam, nie potrafiłam w to uwierzyć, to nawet szybko mi przeszło.

Przeszło, nie przeszło, dalej mi smutno i przykro. Boli. Ale bardziej jest mi wstyd. Wstyd, za Polaków, którzy po 3 dniach „wielkiej żałoby, wielkiego smutku i pojednania” zaczęli wylewać swoje żale, jad i brudy na siebie. Zaczynało się od niewinnego „za co mamy dziękować Rosjanom?” Ano, może za to, że byli z nami, że pomagają, że płaczą tak jak my, że puścili ten „Katyń” co poniekąd jest krokiem ku przyznaniu się do zbrodni sprzed 70 lat. Może za pojawienie się prezydenta i premiera na miejscu katastrofy. Może za przyjazd Miedwiedewa na pogrzeb, co jest kolejnym gestem w stronę Polski. Ale nie, bo „czemu Putin nie przyjedzie?” Będziemy mieć przedstawicieli prawie wszystkich krajów, królowie Hiszpanii z prezydentem przyjadą (w pracy wszyscy powiedzieli, ze w takim razie jest to ogromna uroczystość), Obamę (tutaj ja mam trochę gorsze zdanie, ale wykazał się amerykański rząd), księcia Karola, Sarkozyego, Merkel, masę innych ważnych ludzi z całego świata (przepraszam, nie znam ich nazwisk). „A bo Niemcy nie wprowadziły żałoby” A czemu miałyby wprowadzić? W poniedziałek we wszystkich urzędach UE flagi były opuszczone do połowy, to chyba jakiś znak.

A od wtorku to w ogóle. Wawel. Miejsce pochówku królów Polski. Miejsce szczególne dla ważnych postaci, które wykazały się w dziejach historii Polski. Również byłam zdziwiona i na „nie”. Zdziwiona, że rodzina (bo to ona miała decydować o miejscu) zdecydowała się na takie coś. Oczywiście, każdy chciałby pochować swoich najbliższych w jak najlepszym miejscu aby uczcić jego pamięć. Jednak bez przesady. I tu się okazało, że to nie rodzina, to inne osoby namówiły rodzinę. Po co? Nie wiem. Ale nawet taka decyzja nie wpłynie u mnie na to, że zacznę ostro protestować, że zacznę robić manifestacje, że będę krytykowała śp. Lecha K., że zacznę rozpowiadać, że zrobiono to specjalnie, abyśmy się podzielili. Brawo! Nikt tego nie zrobił specjalnie, a myśmy się podzielili. Na forach aż kipi jadem, co oczywiście zagraniczne gazety i portale opisują. Gratulacje. I tak nie zmienią Krakowa, więc po cholerę szczekać? Nie lepiej zaakceptować tą decyzję i pożegnać prezydenta godnie? Nie. Niech widzą, że zawsze coś jest u nas nie tak. No ale cóż, taki już nasz urok. Jak to kolega z pracy powiedział „u nas się mówi, że jak w Polsce zaczyna się dziać dobrze, to zawsze coś się zjebie”. Dobrze gada, polać mu!

 Wracając do mojego snu. Nie wierzę w znaczenia snów. Nie wierzę w jakieś moce, nic takiego. Ale ten akurat mnie trochę przeraził. Do tej pory wiedziała o nim 1 osoba(która, de facto, stwierdziła, że mam moce, hahahah).

Dawno temu, gdy powstawały pierwsze komputery, regularnie dodawałam notki. Jako że jestem na zesłaniu, dodaję rzadziej. Nie, żebym czasu nie miała, raczej chęci. Prawie dziennie sobie mówiłam „dodam dzisiaj coś, coś napiszę, opiszę, zaskoczę” ale jakoś później zawsze było coś innego, ważniejszego, lepszego. Ale życie potrafi zaskoczyć. Chciałam opisywać śmieszne momenty, ciekawostki, chwile zwątpień czy żali. I co mnie w końcu skłoniło do napisania? Wejście do biura Pana Carlosa. Pan Carlos jest kimś tam co liczy coś tam. Uśmiecha się rzadko. W ciągu 2 miesięcy moich tutaj powiedział „dzień dobry” 2 razy, w tym raz jak mnie przedstawiano. Również rzadko go widuję, i lepiej. Ciągle twierdzę, że jest gejem. Taki głos, takie ruchy. I nic i nikt tego nie zmieni. Moich poglądów, znaczy się.

Czemu on akurat? Może potrzebowałam jakiejś błahostki, która mnie sprowokuje do zaczęcia od dupy Maryni? Tak sądzę. Także już sprowokowana, opiszę skrótowo ostatnie 2 miesiące.

Początki zawsze są trudne. Doświadczona zeszłorocznym pobytem w Hiszpanii, starałam się nie zwracać uwagi na cisnące się do oczu łzy, na nienawiść do każdego przechodnia i na ten głupi język (w tym czasie). I jakoś się potoczyło. Jedno wyjście, drugie, trzecie, kolacja, botellón, praca, ludzie, ludzie, ludzie. Hiszpanie, Włosi, Anglicy, Szkoci, Amerykanie, Francuzi, Portugalczycy, Niemcy, Peruwianie. Masa. Nie jest źle. W pracy spokojnie. Mało roboty, dużo siedzenia po fejsbukach i innych pudelkach.

W ostatnie 2 weekendy byłam w wiosce o wdzięcznej nazwie FELECHOSA. Korzystając z okazji, że Tony wynajmuje tam mieszkanie zimą i jest instruktorem snowboardu, pojechałam. Standardowo, tyłek potłuczony (za każdym razem gdy chcę usiąść, jest mi to dyskretnie przypominane), kolana- jedno całe sine, drugie coś zaprotestowało, nogi przypominają moro, ale gwoździem programu jest stłuczony-prawie-wybity łokieć, a do incydentu doszło w sobotę, że przedwczoraj. I co? I pstro. Mam kłopoty z wyprostowaniem, zginaniem łokcia i jakąś bułę. Ale już już lepiej.

Wracając do MORO. Poznałam znajomych Toniego. Niektórych poznałam już 2 lata temu, ale to było takie „nijakie, krótkotrwałe i mało pamiętliwe”. Co ciekawe, ludzie, których ja pamiętałam mnie nie pamiętali, a których ja nie pamiętałam, pamiętali mnie. Taki los. Anyway, był taki jeden, który mi się podobał już wtedy, dawno temu (nie wiem, cholera, dlaczego; może przez to, że nie zwracał na mnie uwagi, luzerka). A jako że wiedziałam iż oni wszyscy się jarają snowboardem, było bardzo prawdopodobne, że go tam spotkam. Tak se to obliczyłam. I faktycznie był. Chociaż z jednej strony była obawa, że znowu będzie olewka. Ludzie pod niektórymi względami się ni zmieniają. Ale nieee. Było bardzo sympatycznie, jak na tę krótką chwilę (z racji na to, że ja pierwszy raz miałam kontakt z deską i średnio bym wyglądała turlając się po stoku, a on prawie całe życie jeździ), którą miałam możliwość spędzić koło niego. Radość, radość, radość. W Wielki Czwartek pojechałam już bez nadziei na zobaczenie GO, gdyż ponoć jechali na jakiś tam konkurs surfingowy nad morze. Z tym że niedosłyszałam chyba, bo Moro pojawił się i w czwartek. Z Vero (była dziewczyna Toniego, więc trochę sytuacja była akward, bo obydwoje są dla mnie świetnymi przyjaciółmi, jednak sami ze sobą nie potrafią spędzić 5 minut), więc niespodzianka podwójna. I Moro się rozgadał i pytał i zagadywał, ale znowu krótko. Nic to. W sobotę poznałam kolejne osoby z „paczki”.

Było śmiesznie, tanecznie, pijacko i wróciliśmy do mieszkania o 9 rano. Śpiąc w jednym pokoju z chrapiącym mi nad uchem Davidem (kolejny znajomy), mało się wyspałam. W domu u siebie byłam o 19.30. Takim więc sposobem dzisiaj padam na ryj, w pracy(bo dzisiaj, cholera, tutaj się pracuje) się ze mnie śmieją, że każdy poniedziałek się resetuję i rozmawiam normalnie dopiero we wtorek. Zły zły dzień.

Ale nie żałuję niczego. Ani stłuczeń, ani zmęczenia. Bo poznałam ludzi(znowu, w tym właścicieli barów i restauracji ^^) potańczyłam, zobaczyłam kogo chciałam. I się nie mogę doczekać kolejnych weekendów.


  • RSS