Może to taki dzień. Może to przez to, że wszystko mi dzisiaj wypadło z rąk. Może to przez śnieg. Może przez księdza-hipokrytę. Może przez panią śmierdzącą potem w tramwaju. Może tak tylko dzisiaj…

Ale to wszystko nie usprawiedliwi tego, że godzinę temu zalewałam się łzami spazmatycznie łapiąc powietrze, gdzie cząsteczki tlenu i azotu uderzały z ogromną mocą o podniebienie, przełyk, oskrzela i wpadały z impetem do płuc. Że jeszcze trochę wcześniej spoglądałam w jeden punkt oczekując że coś się poruszy, że coś ożyje. Nic. A jeszcze wcześniej, wracając z korków i zbliżając się do domu doszło do mnie, że od jakiegoś czasu po prostu czuję się obca w domu. Nawet nie chce mi się z nikim rozmawiać, potrafię zamknąć drzwi, żeby uniknąć rozmowy. I nie odpowiadam na pytania. Bo po co?

A zanim zbliżałam się do domu, stałam pośrodku boiska pokrytego śniegiem i czułam się jedyną istotą na świecie. Samą, opuszczoną. Nawet te parę samochodów wydawały się nie mieć właścicieli. Tylko ja, śnieg, noc i kilka SAMO-chodów.  Wcześniej powiedziałam co myślę na temat księdza, który gdy przyjeżdża jego matka, potrafi się rozkleić przed całym kościołem. Łajza.

Nic nie usprawiedliwia mojego postępowania. Szukam wymówek. Że to nie moja wina. Że na własne życzenie oddalam się od ludzi. Że podoba mi się Przyjaciel mojej Przyjaciółki. Że parę rzeczy w swoim życiu zrobiłam jak osoba bezuczuciowa. Że zamiast zostawić w spokoju troszkę rozdrapany pieprzyk, cały go wyrwałam. Że zmiażdżyłam palec. Że jestem taka. Że mogłabym być chudsza. O wiele. Ładniejsza. Mądrzejsza. Że zepsułam komputer. A nawet to, że żyję..

Kiedyś K. powiedziała mi, że mam się nie skarżyc i nie narzekać, bo inni tego nie robią. TO mnie przerasta. Nie potrafię..

..wraca fala spazmów i bólu.

 There’s something wrong with me chemically
Something wrong with me inherently
The wrong mix in the wrong genes