marsja blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Fuck the moods.

1 komentarz

I co z tego, że rano będę miała rękę w nocniku. Co z tego,
że już jestem COMPLETE lack of surprise. I co że zremisowaliśmy. Że jest 02:30,
a o 20:30 naszego czasu zmarł w USA Heath Leder zmarł. Że nawet trochę
popisaliśmy. Ale że fak ju. No na co mi to wszystko?!

Z własnego lenistwa będę miała rękę w nocniku, bo MOGŁAM,
owszem, ja zawsze mogę, ale później, po fakcie. Nic mnie już nie zaskoczy,
nawet gdybym pod oknem miała stado słoni z karteczką „Pozdrawiamy z Alaski. Mama
i tata.” Zremisowaliśmy, cholera, bo do dupy graliśmy, a ja miałam prawie
zawał. On zmarł, 29 lat, tajemnica Brokeback Mountain jedna. Taaa pisaliśmy o
dupie Maryni, jak zwykle. Fak juuuu dla wszystkich.

Mam cholera doła pierdolnego. Jak długo? Hmm, jakieś 5 lat,
I think. Who cares anyway?

 

Lepiej nic nie wiedzieć. Nie mówić. Nie myśleć. Nie być. Umrzeć.

Cholerna bezsenność. Dopada człowieka zawsze wtedy kiedy nie trzeba. Jak o 7.30 rano po całonocnym piciu nie chcę iść spać, zasypiam nieprzytomnie. A jak muszę rano wcześnie wstać, to proszę bardzo- ni chuja.

Leżąc w łóżku sobie rozmyślam przez pół nocy co zrobiłam, co zrobię, co jest nie tak a co tak. To nie chodzi o to, że nie umiem spać, bo się czymś przejmuję. To takie flashbacki we wspomnieniach bliższych i dalszych. Nic zobowiązującego. Jak zwykle..

Nowy rok. Nowy styczeń, luty, nowe wakacje, nowe święta. Nowe urodziny- znowu muszę sobie jakiś sms zapisać, żeby posyłać przez najbliższe 12 miesięcy. Powitałam go bardzo miło. W stanie lekko wskazującym. Lekko bardzo zresztą. Ale ci nowo poznani ludzie byli mi poniekąd bardzo potrzebni. Taka odskocznia, coś innego. Nowego. Jakaś forma terapii, potrzeba chwili(dość długiej chwili). Było cudownie wręcz. Żałuję tylko jednej rzeczy, której nie zrobiłam. Ale tego lepiej nie napiszę na głos. Może kiedyś.. Fajni ludzie, naprawdę. Aż zazdroszczę bratu i koleżankom, że mieszkają w tym akademiku. W sumie, odwiedzać ich zawsze mogę, a tak pewnie z moimi skłonnościami do nałogów zostałabym alkoholikiem. Jest jakaś dobra strona tego wszystkiego. I tej wersji się trzymajmy.

 

Że piję? Coraz częściej? Nie jestem pijakiem. Nie muszę pić. Nie chcę także nikomu zaimponować. Bo jak można imponować piciem alkoholu? Po prostu lubię. Nie wiem dlaczego, jakoś okazji robi się coraz częściej. Nikt mi nie zabrania, nawet w ciągu tygodnia- niby czemu miałby ktoś to robić, skoro nie mam kaca na następny dzień, nie rzygam i mogę dużo wypić? I tak mogę pić teoretycznie od poniedziałku do niedzieli. Bez żadnych konsekwencji. Jako ukochana córeczka, ta zdolna, która zawsze musi być idealna i najlepsza, wstając rano na zajęcia i nie mając bólu głowy, jestem rozgrzeszana. Rozgrzeszana tylko na podstawie tego, że rano mówię normalnie, chodzę normalnie i nic mnie nie boli. To już podczas okresu gorzej się czuję. No ale wracając, piję, tak. Wino, wódkę, piwo. Wina chyba ostatnio najwięcej. Wódkę tylko na specjalne okazje. Jak już pisałam, takowych okazji jest coraz więcej.

A co wtedy czuję? Co mi to całe picie daje? Nic. Nic oprócz tego dziwnego stanu uniesienia, który łatwo można zamienić w rozmowę z kiblem. Jakby się wypiło o ten jeden kieliszek więcej. Ten stan pozwala mi na wiele- głównie na rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła. Podoba mi się chłopak- mogę sama zagadać. Pokłóciłam się z kimś- rozmawiam, czy przepraszam. Może nie chodzi tutaj o odwagę(chociaż zapewne też), ale alkohol zakrywa mi dumę i wstyd. W końcu zawsze można powiedzieć, że się jest pijanym. Proste. I uczucie sławnego ‘helikoptera’. Ale on jest fajny tylko do momentu położenia się do łóżka.

 

Wszystko się rozsypało. Ot tak. Wypadło z rąk(tak jak mi zawsze wszystko wypada) i rozpadło się. Znajomości się rozpadają. Związki też. Przyjaźnie. Więzy.

 

Nie ma miłości.


  • RSS