marsja blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2007

Poczułam się zobowiązana napisać coś przed zmianą daty na 2008. Tymbardziej, że miałam pisać przed świętami(ale jako śmierdzący leń i na złość chyba samej sobie, nic nie napisałam).
Here we are. Cały rok minął, szybciuteńko. Wszystkie stresy, nerwy, płacze i radości poszły odpoczywać i czekać na następny moment. Okres już mam normalny, nie to co po maturze. Jako tako strałam się poukładać swoje sprawy, zaczynając od wysprzątania pokoju. Ale nigdy już, przenigdy, nie chciałabym wrócić do ani jednego dnia z mijającego roku(tylkoewentualnie godzina z 9 listopada). Dlatego cieszę się, że idzie następny. Chociaż nie należę do tych osób, które wierzą, że z pierwszym stycznia moje życie się zmieni o 180 stopni. Ale zawsze będę miała to poczucie, że 2007 został zamknięty i wszystko co się wydarzy należy już do 2008.
Czy zrobiłam sobie jakieś postanowienie? Na pewno nie. Chciałam. Ale przemyślałam wszystko, koncentrując się na moim charakterze i podejściu do życia oraz co by mi to dało. Odpowiedź była jednoznaczna: żadne z postanowień na dłuższą metę nic mi nie da, sama nie wytrzymałabym nawet tygodnia, choćbym sikała z wysiłku. Wolę się zmieniać samowolnie, kiedy chcę, pomału, z wytrwałością Syzyfa. Tak głupia cyferka 8, która zmienia 7, nie zmusi mnie. Ni dudu. A jakie bym miała postanowinie? Chodzić regularnie na aerobik, jeść mniej słodyczy, nie przeklinać, więcej się uczyć(w ogóle się uczyć), częściej się uśmiechać, być milsza dla ludzi, nie wpadać w kolejną depresję, mniej pić. Jak widać- nie da się.
A święta? Wigilia nie była fajnym dniem, bynajmniej do wieczora. Zrzęzenie, krzyki, czepianie się- rodzinna atmosfera, as shit. Płakałam, a jak. Później już było „normalnie”. Jak reszta świąt. Potem była kolęda, z moim ukochanym księdzem. I’m gonna burn in hell. Ale co ja poradzę?
Podsumowywując, matura, Anglia, studniówka, imprezy, początek studiów, dół, ksiądz, Edward Norton(‚Fight club’ thousands times), Edward Norton(American History X’), Edward Norton(Red Dragon’), Edward Norton(‚Painted Veil’), Edward Norton(’25th hour’), Edward Norton(‚The score’), Edward Norton(‚The illusionist’), Ralph Fiennes(‚Red Dragon’), Ralph Fiennes(‚Schindler’s list’), Ralph Fiennes(‚Oniegin’), Ralph Fiennes(‚The english patient’). Stephen King, couple times. The rest is silence.

No i masz. Znowu.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś być smutnym dłużej niż kilka godzin?
Czy zdarzyło Ci się płakać częściej niż przeciętnie i z byle jakich powodów?
Czy kiedykolwiek chciałeś zniknąć na zawsze? 
Zawsze myślałam, że to kwestia czasu. Że potrafię zmienić siebie. Że umiem się zaakceptować. Że pewnego ładnego dnia obudzę się, popatrzę w lustro i z uśmiechem stwierdzę: miło cię widzieć. Dobrze, że jesteś, to będzie piękny dzień.
I co z tego, że znam masę kawałów, mogę cytować zabawne dialogi i monologi z filmów, skeczy i kabaretów. Co z tego jeśli nie umiem siebie rozśmieszyć. Jestem przykra i żałosna.
Czasem mam takie dni (myślałam, że już nie wrócą, cóż..), kiedy mam ochotę płakać. Zazwyczaj to mija i jest ok. ale zdarza się (i to jest najgorsze), że wybucham takim płaczem, jakby mi chciało płuca wyrwać. Wszystko mnie boli, wszystkie flaki mam ściśnięte, serce chce wyskoczyć na zewnątrz i samo się pochlastać. Czegoś mi brakuje. Czegoś niezbędnego jak powietrze. I nikt ani nic nie potrafi tego zatrzymać. W końcu się uspakajam i przechodzi. Tak było dzisiaj.
Nie akceptuję siebie. Nie jestem jedną z tych pewnych siebie, zajebistych i łatwych lasek. I tak szczerze gówno mnie obchodzą teksty, że mam zaniżoną samoocenę, że tak mnie potem widzą inni, blebleble. Ja to już wiem, i co z tego? Ja chcę tylko umrzeć. Za każdym razem kiedy jadę samochodem (ale nie prowadzę wtedy), myślę o wypadku. Tak, żebym zginęła. Albo przechodząc przez jezdnię liczę na jakiegoś pewnego siebie pacana, który mnie nie zauważy i stuknie. Ale z drugiej strony wiem, jaki ból sprawiłabym rodzinie, więc dlatego czasami żałuję, że się w ogóle urodziłam. Wiem, że to grzech, ale kogo to? Przecież nie pójdę się wyspowiadać do księdza, w którym się zakochałam(albo sobie to wmawiam-choć nie sądzę).
Ja nie widzę w sobie żadnych zalet. Ani charakteru ani wyglądu. Zero. Null. Nada.
Jutro znowu nowy tydzień. Tylko tydzień i święta. I w takim świetnym nastroju będę spędzać święta. Wolałabym samotnie. Wolałabym śnieg. Ale co ja tu mam do gadania, skoro nikt mnie nie wysłucha nigdy.
Suicide for a Christmas. 
 

Za oknem minus pięć. Już północ. I pół.

Miał być śnieg. A było słońce. Miałam nie zaliczyć kolosa. Dostałam 4 z plusem. Miała być pizza. Był kapuśniak. Miałam płakać. A się śmiałam. Miałam sprzątać. Poszłam spać. Miało się wszystko ułożyć. Wszystko się popsuło. Miało być kino. Było gówno.

Ale dlaczego ja w ogóle piszę o sobie jako o najnieszczęśliwszym człowieku świata?!

Nie miałam wypadku na stoku w wieku 16tu lat, w wyniku którego teraz dziwnie się poruszam i mówię w dziwny sposób, a ludzie myślą, że jestem ‘inna’ od urodzenia i że nie wiem jak to jest normalnie żyć..

Nie urodziłam prawie 5kg dziecka, rozrywając swoje ciało i prawie nie umierając w nocy..

Nie mówię ciągle o odchudzaniu się i rozmyślaniu czy mogę zjeść to czy tamto.

Nie jestem NIM.

I dlaczego nie piszę o sobie jako o najszczęśliwszym człowieku?

Nie sypiam dobrze, mimo permanentnego zmęczenia.

Nie jadam normalnie. Nie jadam w ogóle do popołudnia.

Piję zbyt dużo, zbyt często.

Nie potrafię, albo nie chcę, być kimś normalnym, akceptowalnym.

Nie umiem żyć. I nie chcę.

Nie ma GO.

Ja nie rozumiem. Jak można dzieci straszyć Mikołajem?! Dla mnie to zawsze było traumatyczne przeżycie jak jakiś czerwony perwert z nadwagą przychodził i się pytał czy byłam grzeczna. Tak się stresowałam i bałam tego pajaca, że raz aż skakałam z radości i mu powiedziałam, że się cieszę z jego wyjścia. Ale wtedy jeszcze wierzyłam w niego. Chyba w zerówce coś zaczęłam podejrzewać (jak przyszedł do nas jakiś chudy koleś z prezentami). Z tym, że z powodu jakiejś nadnaturalnej wiedzy (np. że moja koleżanka mieszka naprzeciwko kościoła) moje podejrzenia nadciągnęłam do teorii o pomocnikach Mikołaja. A tak w sumie to nie pamiętam kiedy definitywnie przestałam w niego wierzyć. Jak kilka lat temu w „Teleekspresie” pokazywali długobrodego z Laponii to jeszcze jakieś tam iskierki nadziei były. No ale nadszedł czas na smutną prawdę- Św. Mikołaj był, a i owszem, ale nie w Laponii, nie w czerwonym kombinezonie i nie teraz, bo umarł. W sumie jakoś mnie to nie zdziwiło. Bo w tej zerówce-szkole życia- (kiedy to wszyscy dostali takie same prezenty) coś mi podpadało. No i masz babo placek- Ania w tym roku doszła nawet do stwierdzenia, że Mikołaj to pedał. I dostanę gówno w czekoladzie. Aż się boję co się stanie na święta..
A to wszystko przez to głupie kino. W taki nastrój się wprowadziłam. Ole!


  • RSS