Trzeba wylać wszystkie żale. Może tutaj, skoro na emigracji nie dane mi jest spotkać innych kompatriotów. I może pomoże.
Sobota. Wreszcie możliwość wyspania się za cały tydzień (i odespania świąt). Ciągłe pobudki w nocy (cholerne łokieć z nadgarstkiem do dzisiaj dają o sobie znać). Ostatnia pobudka ok. 8 rano. Później sen. Człowiek się powiesił na jakiejś górskiej polanie. Wisi pod skałą, pod czymś co przypomina jaskinię. Jestem z 2 kolegami (jednak nie pamiętam kto to był). I był jakiś przesąd, że nie wolno wchodzić do jaskini. Jeden z kolegów wszedł („a co mi tam! Ja w takie rzeczy nie wierzę!”), wyszedł drugą stroną, stał na skale, pod którą wisiał trup. Drugi podszedł od tyłu do wisielca (musiał się powiesić niedawno, ciało wyglądało „normalnie”) i go złapał, jakby chciał go objąć. Nieboszczyk zaczął się rozpadać. Tak jakby w środku miał miazgę, no zepsute ciało. Odpadały ręce, tułów się rozrywał, nogi. Wszystko. W tym momencie telefon. Sygnał. Tata. Trzeba wejść na skype. Na pewno coś się stało- jest sobota, 10 rano. Komputer nie chce się włączyć. Z coraz większym stresem włączam drugi raz. Ok., działa. Dzwonię. I ten cholernie poważno-smutny ton głosu ze zdaniem „wiesz co się stało?” To uczucie ściskanego żołądka i całego przewodu pokarmowego, fala ciepła na udach, które trwały ułamki sekund. W myślach: „Ktoś umarł! Tylko nie to..” Oczywiście na myśl przychodzi w pierwszej kolejności najbliższa rodzina. I mój zachrypnięty (jak u osoby wyrwanej ze snu) i cichy głos „co?!”. „Prezydent nie żyje”. I przemiał informacji w mojej głowie (jakoś nigdy w takich momentach strasznych wiadomości nie mam pustki, mam AŻ NAZBYT)- przecież 60 lat, może zawał, zdarza się, tylko czemu głos taty taki za bardzo dziwny..? może zamach, to by tłumaczyło szok, może spadł ze schodów- cokolwiek. Trzeba tutaj wziąć pod uwagę fakt, iż jako emigrant, nie jestem na bieżąco ze sprawami w Polsce. Wtedy tata wytłumaczył- katastrofa, samolot, Katyń, wszyscy zginęli. Ministrowie, generałowie, biskupi, żona, dzieci ofiar, załoga, wszyscy. Wielka tragedia, cały świat o tym mówi. I pytanie „a u ciebie jak tam?”, „noo jestem w szoku, nie wiem co powiedzieć..”. „To możesz iść z powrotem spać, chciałem żebyś wiedziała co się stało, resztę doczytasz z netu, bo wiem tylko tyle”, „nooo teraz bankowo zasnę, ok. trzymaj się pa”. Wejście na jakąkolwiek stronę Onetu graniczyło z cudem, więc weszłam na gazety hiszpańskie „La nueva Espańa”, „El Pais”, „El Mundo”, etc. Doczytałam, na tyle na ile oni sami byli poinformowani. Potem łzy, nadal szok. Pierwsza wiadomość do Toniego (miałam z nim w góry jechać, dowiedziałabym się pewnie w niedzielę wieczorem dopiero), druga do Yulissy z prośbą o jak najszybsze wyjście do parku. Nie mogłam zostać sama z tym. Dzień w parku, wieczór też poza domem. Na chwilę się oderwałam. Ale mając znajomych z różnych państw, nie do uniknięcia były wyrazy współczucia, lub zdziwienia. Wygrał Anglik, który powiedział „przykro mi z powodu waszego prezydenta. Ale mój niemiecki kolega powiedział mi, że był dupkiem”. Jakaś taka może godność, może przybicie , pozwoliło mi tylko na skomentowanie tego „nie był. Był moim prezydentem”, zamiast najeżdżać. Całe niedzielne popołudnie spędziłam na analizowaniu wszystkich informacji w sprawie katastrofy. Jak nawiedzona, płacząc to tu, to tam. Była też rozmowa z Białą, co mi pomogło wielce. Natomiast każda rozmowa z jakimkolwiek Hiszpanem była przeze mnie ucinana prędzej czy później. Każdy, dosłownie mówił „ja bym wolał żeby to był samolot z naszymi politykami, z Zapatero na czele”, „nie mów tak!” „ale to prawda, to banda skurwysynów”. Może przewrażliwienie, może naiwność, ale nie mogłam sobie pozwolić na takie komentarze. Nie w tym czasie. W końcu po kolejnym tego typu komentarzu, zapytałam „z tego co wiem, u was panuje demokracja. Więc, skoro wszyscy tak narzekacie, to po cholere ich wybieraliście?!” odpowiedź „bo ci drudzy są gorsi.” Nie wiem, nie umiem tego skomentować. Każdy ma jakie ma podejście do ideologii politycznych, ale inną sprawą jest szacunek dla zmarłych. I nie chodzi mi tylko o prezydenta, także o pozostałych ludzi. Żal mi ich rodzin, rodziców, przyjaciół, dzieci. Cholera, przecież oni zginęli od oparzeń! Trzeba było robić badania DNA żeby ustalić tożsamość. To nie było pstryk! i już. A ich rodziny nawet nie mogą ich zobaczyć. Widzą tylko zamknięte trumny. Do wtorku chodziłam nie rozmawiając z nikim. W poniedziałek szef przyszedł złożyć mi kondolencje. Chyba się przejął. Jak z nim rozmawiałam, 2 razy prawie się popłakałam. A reszta dalej nie rozumiała.. Tony we wtorek mi powiedział, że myślał, że po mnie to spłynęło (bo on by tak zareagował) i zdziwił się, że tak to przeżywam. Zwracając jednak uwagę na fakt, ze do poniedziałku nie umiałam, nie potrafiłam w to uwierzyć, to nawet szybko mi przeszło.
Przeszło, nie przeszło, dalej mi smutno i przykro. Boli. Ale bardziej jest mi wstyd. Wstyd, za Polaków, którzy po 3 dniach „wielkiej żałoby, wielkiego smutku i pojednania” zaczęli wylewać swoje żale, jad i brudy na siebie. Zaczynało się od niewinnego „za co mamy dziękować Rosjanom?” Ano, może za to, że byli z nami, że pomagają, że płaczą tak jak my, że puścili ten „Katyń” co poniekąd jest krokiem ku przyznaniu się do zbrodni sprzed 70 lat. Może za pojawienie się prezydenta i premiera na miejscu katastrofy. Może za przyjazd Miedwiedewa na pogrzeb, co jest kolejnym gestem w stronę Polski. Ale nie, bo „czemu Putin nie przyjedzie?” Będziemy mieć przedstawicieli prawie wszystkich krajów, królowie Hiszpanii z prezydentem przyjadą (w pracy wszyscy powiedzieli, ze w takim razie jest to ogromna uroczystość), Obamę (tutaj ja mam trochę gorsze zdanie, ale wykazał się amerykański rząd), księcia Karola, Sarkozyego, Merkel, masę innych ważnych ludzi z całego świata (przepraszam, nie znam ich nazwisk). „A bo Niemcy nie wprowadziły żałoby” A czemu miałyby wprowadzić? W poniedziałek we wszystkich urzędach UE flagi były opuszczone do połowy, to chyba jakiś znak.
A od wtorku to w ogóle. Wawel. Miejsce pochówku królów Polski. Miejsce szczególne dla ważnych postaci, które wykazały się w dziejach historii Polski. Również byłam zdziwiona i na „nie”. Zdziwiona, że rodzina (bo to ona miała decydować o miejscu) zdecydowała się na takie coś. Oczywiście, każdy chciałby pochować swoich najbliższych w jak najlepszym miejscu aby uczcić jego pamięć. Jednak bez przesady. I tu się okazało, że to nie rodzina, to inne osoby namówiły rodzinę. Po co? Nie wiem. Ale nawet taka decyzja nie wpłynie u mnie na to, że zacznę ostro protestować, że zacznę robić manifestacje, że będę krytykowała śp. Lecha K., że zacznę rozpowiadać, że zrobiono to specjalnie, abyśmy się podzielili. Brawo! Nikt tego nie zrobił specjalnie, a myśmy się podzielili. Na forach aż kipi jadem, co oczywiście zagraniczne gazety i portale opisują. Gratulacje. I tak nie zmienią Krakowa, więc po cholerę szczekać? Nie lepiej zaakceptować tą decyzję i pożegnać prezydenta godnie? Nie. Niech widzą, że zawsze coś jest u nas nie tak. No ale cóż, taki już nasz urok. Jak to kolega z pracy powiedział „u nas się mówi, że jak w Polsce zaczyna się dziać dobrze, to zawsze coś się zjebie”. Dobrze gada, polać mu!
Wracając do mojego snu. Nie wierzę w znaczenia snów. Nie wierzę w jakieś moce, nic takiego. Ale ten akurat mnie trochę przeraził. Do tej pory wiedziała o nim 1 osoba(która, de facto, stwierdziła, że mam moce, hahahah).
Dawno temu, gdy powstawały pierwsze komputery, regularnie dodawałam notki. Jako że jestem na zesłaniu, dodaję rzadziej. Nie, żebym czasu nie miała, raczej chęci. Prawie dziennie sobie mówiłam „dodam dzisiaj coś, coś napiszę, opiszę, zaskoczę” ale jakoś później zawsze było coś innego, ważniejszego, lepszego. Ale życie potrafi zaskoczyć. Chciałam opisywać śmieszne momenty, ciekawostki, chwile zwątpień czy żali. I co mnie w końcu skłoniło do napisania? Wejście do biura Pana Carlosa. Pan Carlos jest kimś tam co liczy coś tam. Uśmiecha się rzadko. W ciągu 2 miesięcy moich tutaj powiedział „dzień dobry” 2 razy, w tym raz jak mnie przedstawiano. Również rzadko go widuję, i lepiej. Ciągle twierdzę, że jest gejem. Taki głos, takie ruchy. I nic i nikt tego nie zmieni. Moich poglądów, znaczy się.
Czemu on akurat? Może potrzebowałam jakiejś błahostki, która mnie sprowokuje do zaczęcia od dupy Maryni? Tak sądzę. Także już sprowokowana, opiszę skrótowo ostatnie 2 miesiące.
Początki zawsze są trudne. Doświadczona zeszłorocznym pobytem w Hiszpanii, starałam się nie zwracać uwagi na cisnące się do oczu łzy, na nienawiść do każdego przechodnia i na ten głupi język (w tym czasie). I jakoś się potoczyło. Jedno wyjście, drugie, trzecie, kolacja, botellón, praca, ludzie, ludzie, ludzie. Hiszpanie, Włosi, Anglicy, Szkoci, Amerykanie, Francuzi, Portugalczycy, Niemcy, Peruwianie. Masa. Nie jest źle. W pracy spokojnie. Mało roboty, dużo siedzenia po fejsbukach i innych pudelkach.
W ostatnie 2 weekendy byłam w wiosce o wdzięcznej nazwie FELECHOSA. Korzystając z okazji, że Tony wynajmuje tam mieszkanie zimą i jest instruktorem snowboardu, pojechałam. Standardowo, tyłek potłuczony (za każdym razem gdy chcę usiąść, jest mi to dyskretnie przypominane), kolana- jedno całe sine, drugie coś zaprotestowało, nogi przypominają moro, ale gwoździem programu jest stłuczony-prawie-wybity łokieć, a do incydentu doszło w sobotę, że przedwczoraj. I co? I pstro. Mam kłopoty z wyprostowaniem, zginaniem łokcia i jakąś bułę. Ale już już lepiej.
Wracając do MORO. Poznałam znajomych Toniego. Niektórych poznałam już 2 lata temu, ale to było takie „nijakie, krótkotrwałe i mało pamiętliwe”. Co ciekawe, ludzie, których ja pamiętałam mnie nie pamiętali, a których ja nie pamiętałam, pamiętali mnie. Taki los. Anyway, był taki jeden, który mi się podobał już wtedy, dawno temu (nie wiem, cholera, dlaczego; może przez to, że nie zwracał na mnie uwagi, luzerka). A jako że wiedziałam iż oni wszyscy się jarają snowboardem, było bardzo prawdopodobne, że go tam spotkam. Tak se to obliczyłam. I faktycznie był. Chociaż z jednej strony była obawa, że znowu będzie olewka. Ludzie pod niektórymi względami się ni zmieniają. Ale nieee. Było bardzo sympatycznie, jak na tę krótką chwilę (z racji na to, że ja pierwszy raz miałam kontakt z deską i średnio bym wyglądała turlając się po stoku, a on prawie całe życie jeździ), którą miałam możliwość spędzić koło niego. Radość, radość, radość. W Wielki Czwartek pojechałam już bez nadziei na zobaczenie GO, gdyż ponoć jechali na jakiś tam konkurs surfingowy nad morze. Z tym że niedosłyszałam chyba, bo Moro pojawił się i w czwartek. Z Vero (była dziewczyna Toniego, więc trochę sytuacja była akward, bo obydwoje są dla mnie świetnymi przyjaciółmi, jednak sami ze sobą nie potrafią spędzić 5 minut), więc niespodzianka podwójna. I Moro się rozgadał i pytał i zagadywał, ale znowu krótko. Nic to. W sobotę poznałam kolejne osoby z „paczki”.
Było śmiesznie, tanecznie, pijacko i wróciliśmy do mieszkania o 9 rano. Śpiąc w jednym pokoju z chrapiącym mi nad uchem Davidem (kolejny znajomy), mało się wyspałam. W domu u siebie byłam o 19.30. Takim więc sposobem dzisiaj padam na ryj, w pracy(bo dzisiaj, cholera, tutaj się pracuje) się ze mnie śmieją, że każdy poniedziałek się resetuję i rozmawiam normalnie dopiero we wtorek. Zły zły dzień.
Ale nie żałuję niczego. Ani stłuczeń, ani zmęczenia. Bo poznałam ludzi(znowu, w tym właścicieli barów i restauracji ^^) potańczyłam, zobaczyłam kogo chciałam. I się nie mogę doczekać kolejnych weekendów.
Dziękuję za uwagę. Dziękuję Czarnej, Dadze, Pauli, Jajku, Białej, za to, że są.
Może to taki dzień. Może to przez to, że wszystko mi dzisiaj wypadło z rąk. Może to przez śnieg. Może przez księdza-hipokrytę. Może przez panią śmierdzącą potem w tramwaju. Może tak tylko dzisiaj…
Ale to wszystko nie usprawiedliwi tego, że godzinę temu zalewałam się łzami spazmatycznie łapiąc powietrze, gdzie cząsteczki tlenu i azotu uderzały z ogromną mocą o podniebienie, przełyk, oskrzela i wpadały z impetem do płuc. Że jeszcze trochę wcześniej spoglądałam w jeden punkt oczekując że coś się poruszy, że coś ożyje. Nic. A jeszcze wcześniej, wracając z korków i zbliżając się do domu doszło do mnie, że od jakiegoś czasu po prostu czuję się obca w domu. Nawet nie chce mi się z nikim rozmawiać, potrafię zamknąć drzwi, żeby uniknąć rozmowy. I nie odpowiadam na pytania. Bo po co?
A zanim zbliżałam się do domu, stałam pośrodku boiska pokrytego śniegiem i czułam się jedyną istotą na świecie. Samą, opuszczoną. Nawet te parę samochodów wydawały się nie mieć właścicieli. Tylko ja, śnieg, noc i kilka SAMO-chodów. Wcześniej powiedziałam co myślę na temat księdza, który gdy przyjeżdża jego matka, potrafi się rozkleić przed całym kościołem. Łajza.
Nic nie usprawiedliwia mojego postępowania. Szukam wymówek. Że to nie moja wina. Że na własne życzenie oddalam się od ludzi. Że podoba mi się Przyjaciel mojej Przyjaciółki. Że parę rzeczy w swoim życiu zrobiłam jak osoba bezuczuciowa. Że zamiast zostawić w spokoju troszkę rozdrapany pieprzyk, cały go wyrwałam. Że zmiażdżyłam palec. Że jestem taka. Że mogłabym być chudsza. O wiele. Ładniejsza. Mądrzejsza. Że zepsułam komputer. A nawet to, że żyję..
Kiedyś K. powiedziała mi, że mam się nie skarżyc i nie narzekać, bo inni tego nie robią. TO mnie przerasta. Nie potrafię..
..wraca fala spazmów i bólu.
There's something wrong with me chemicallyDzień dobry!
Wiem, że wszyscy tęsknili i płakali po nocach za mną. Z łaski swojej jestem oto w ten jakże radosny i wyczekiwany dzień.
Śniegu ni ma. Podobno ma być później. W grudniu po południu. W kuchni się gotuje (samo się gotuje, samo się posprzątało i samo się wystroiło, baaa). Ale zrobiłam makówki i kawę, więc nie ma źle. Czekajmy na wieczór.
Po złamaniu nadgarstka i pobycie w Hiszpanii (i zakochaniu się w Danim, tzn. zakochałam się później trochę) zaczęłam 2 rok studiowania. Potem było blebleble i już mamy święta. A za dokładnie 42 dni jadę na 5 miesięcy do Hiszpanii znowu. I tak nam czas tutaj leci.
Z okazji świąt życzę zdrowia zdrowia i jeszcze raz pieniędzy!
Feliz Navidad! Y prospero año nuevo!Baaaa.Można by rzec, że jestem prawie szczęśliwa. Mam wakacje, piątek wieczór. Siedzę przy stoliku z laptopem na kolanach w blasku dwóch świeczek o zapachu jagód. Za oknem wieje i pada. Ciemno. Popijam wino El Sol Italia. Kupiłam dzisiaj wreszcie bikini ze spodenkami („znawcy” mówią, że spodenki optycznie zwężają biodra). Nikt mi nie przeszkadza. 6letni kuzyn stwierdził, że moje żółwie są głodne, więc wpakował im prawie całe opakowanie karmy. Spokój z karmieniem na kilka dni, jeśli nie tygodni. W tle buja Nosowska. Może później wyjdę zapalić, poukrywać się przed całym światem z tym. I poklnę. Zabawne, że uprawiam podobno 2 rzeczy, których mężczyźni nie akceptują. Rozumiem ich. Nie wiem dlaczego, powinnam w sumie pisać tu o równouprawnieniu i innych duperelach. Kobieta to kobieta, mężczyzna to mężczyzna. To ze mną jest coś nie tak.
Pierwszy rok studiowania za mną. Jakieś podsumowanie? Nie licząc chyba tysiąca nowych znajomości, kilkudziesięciu godzin rozmów, kilku imprez, kilkunastu postanowień typu „już nigdy nie będę pić” i ogromnego postępu w hiszpańskim, po staremu. Zmieniłam jedynie kierunek dojazdu, godziny wstawania i kładzenia się spać. No i oddaję już krew regularnie. A do października jeszcze kawałek, więc mam nadzieję, że odpocznę od uczelnianej dziwnej rzeczywistości.
Ok., skończyły mi się tematy do rozważań. Bo tematy uczuciowe niebardzo istnieją w moim życiu. I to chyba dlatego jestem PRAWIE szczęśliwa. Jedno wielkie guano. Do urodzin: 22 dni.
"Obraziłam się na świat,
nie mieszkam tam gdzie dawniej.
Od miesiąca mym domem jest lodówka.
Lubię jeść, więc mało jest miejsc, gdzie mogłabym czuć się szczęśliwsza..
Na białych drzwiach wywieszka czarna a na niej na żółto me nazwisko.
Mam tu wszystko czego trzeba:
święty spokój i ulubioną porę roku.."
Kobiety o podwyższonym poziomie testosteronu we krwi są weselsze, mniej podatne na depresje, podwyższone libido. Nie umie tego sprawdzić, ale chyba tak ma. Na pewno w jakiś sposób przez niego.
Nie chcę tu opisywać jakichś niestworzonych historii pewnej znajomości, bo nic takiego nie było. Ot tak, trochę cwaniactwa, trochę ciekawości, trochę egocentryzmu. A potem poszło jak z górki. Licząc po cichu że coś „zaskoczy” generalnie była nastawiona na „nie”. Bo niby co? Że zobaczy jej zdjęcie i od razu zaproponuje spotkanie? A co niby ona jest- Eva Longoria?! Mimo całego „zamieszania” w skrzynce odbiorczej miała łeb na karku. Bez nacisku, spokojnie, okaże się.
I zaczęło się toczyć. Tak jakoś normalnie. Pomału. Czeka na dalszy ciąg..
Przypominając sobie poprzednie znajomości stwierdziła, że wszystko było dziwne. Albo ona nie pasowała. Jeden, cwaniak, myślał, że skoro się jej podobał 4 lata temu to teraz- gdy nie ma już laski- może do niej zagadywać i prosić o spotkanie. To Se Ne da.
Inny myślał, że będzie chciała być „tą drugą, cichociemną”.
A znowu kolejny sądzi, że jest zajebisty, bo jest singlem i sprzedaje zegarki.
I pakowała się w takie gówna, za przeproszeniem, regularnie. Ale już dość..
Wracając do poprzedniej notki- nic nie dzieje się bez przyczyny. Może i tutaj to był ten „wstrząs” przy jego nazwisku. Nie znając go i nie wiedząc jak wygląda (mniej więcej) zagadała. Opracowała głupi plan, który, o dziwo, zadziałał.
Teraz ma testosteron we krwi od kilku dni..
Heloooooł! Wróciłam i jestem. Chciałabym napisać, że nie było mnie z powodu jakiejś ważnej sprawy, że z powodu wyjazdu, z powodu zakochania czy innego dziwactwa. Nie było mnie z najnormalniejszej rzeczy na świecie- z powodu lenistwa. O.
Dziwne, że jak nie mam czasu na pisanie, po głowie mi chodzi tysiące myśli. Ale gdy już mam czas, mogę pisać- pustka w głowie. Tak jest i tym razem. Proszę o wybaczenie wielmożnych czytelników, że się wyrażę. Postanowiłam pisać krócej a częściej.
Tak więc aby nie było pusto- zostałam blondynką. A raczej bardziej wyglądam jak jeden z braci Słowian z plemienia Piastów, tych od Kołodziejów. Ale mi pasi.
There are no coincidences, Delia... only the illusion of coincidence. I w to (jak powiedział Pan V.), coraz bardziej zaczynam wierzyć. W sumie to chyba wierzę już zupełnie. A cytując Pana O.W.Granta: Every event is inevitable - if it wasn't, it wouldn't happen. Coś chyba w tym jest. Nie ma przypadków. Wszystko co się dzieje jest nieuniknione. W przeciwnym wypadku to by się nie zdarzyło. Może idę na łatwiznę, może staram się wszystko wytłumaczyć, jak starożytni tłumaczyli sobie niewyjaśnione zjawiska przyrody istnieniem bóstw. Każdy ma swoją filozofię, ta jest moja. Tak samo jak ta, że człowiek nie jest jednym z kilku miliardów szarych trybików ogromnej maszyny, która napędza świat. Wolę być wyjątkowym pierwiastkiem (nieopisanym), pierdoloną Mrówką Z. No trudno, co niemniej nie oznacza, że jestem egotykiem (nie w 100%, może w 85). Ale tam chrzanić to. Idę oglądać „Spadkobierców”.
Victims; aren’t we all?Lubię oglądać filmy. I już wiem dlaczego. Dzisiaj wywnioskowałam czemu podświadomie wolę spędzać sama czas i wpatrywać się kolejną godzinę w monitor obserwując zmagania wymyślonych postaci granych przez snobistycznych milionerów.
Wymyślone postaci nie obiecują. Nie kłamią. Nie zawodzą. One pojawiają się w pierwszej minucie i znikają po napisach. Nie spędzają ze mną dnia. Nie rozmawiają ze mną bezpośrednio. Nie są miłe tylko jak czegoś ode mnie potrzebują. Mają mnie generalnie w dupie. Jak wszystkich. Taki układ oczywisty. Ja gram- ty oglądasz. Nasz związek trwa półtora godziny. Niczego nie oczekujemy od siebie. Fajnie cię widzieć, ale do jutra możesz mnie zapomnieć a ja ciebie. I nikt tutaj nie płacze.
W życiu jest na odwrót i to dlatego nie ufam. Bo jak zacznę to jeb! Znowu ktoś mi uświadamia, że to nie jest film, że tutaj są jakieś zasrane reguły i tutaj nie można mieć nikogo w dupie. A jakoś ja się czuję coraz częściej jak widz a ludzi wokół postrzegam jako postaci z filmów. Wszyscy i wszystko jest ważniejsze. Ja to zawsze nie ten czas i nie to miejsce. A w razie czego można mnie nazwać głupią kłamczuchą, bo łatwiej, prawda? Zawsze można powiedzieć „sory, ale nie”, „on był pierwszy”, „jednak zmieniłam zdanie”, „i po co kłamiesz?!”. Skoro wszystko jest skazane na niepowodzenie, to dlaczego mam się kłócić i dyskutować? Ano żeby można mnie było nazwać niewychowaną i krnąbrną.
Filmy są lepsze, definitywnie. Nie ranią.
Take a bow, play the part of a lonely, lonely heartPodwyższone OB i obniżona morfologia nie świadczą o żadnej chorobie. Czasem tak jest. Wystarczy pić sok z marchwi, żreć nać pietruszki i już.
Rodzice się do siebie nie odzywają. Ot, taka tradycja przedświąteczna.
Śliczny był w Alpach i chodził prawie nago po śniegu. Teraz jest chory. I zły i nikt się nie może do niego zbliżać.
Białej nie umiem rozśmieszyć. Woli Resztę. Reszta ma to „coś”. Biała generalnie chyba za mną nie przepada.
Czarna zadzwoniła. Lubi mieć ten „konekt”. Ale i tak to nie zmienia faktu, że chce spieprzyć do Wrocławia.
Dagmara ma ciągłe depresje na przemian ze stanami euforii. Czasem się spóźnia do szkoły. I chce się wyprowadzić z domu. Do Wrocławia, dokładniej.
Siwy jedzie do Warszawy. Na Ruhanne. I ma dziwne kontakty ze swoją byłą/obecną/byłą/obecną dziewczyną.
Pedro ma mi dać te filmy, ale ja się opieprzam i nie umiem znaleźć krzty chęci, żeby je zabrać.
Długas permanentnie oświadcza, że kocha nas wszystkich. Cholera, gdybym nie wiedziała, że to człowiek przesiąknięty cynizmem, uwierzyłabym.
Ktoś już się do mnie nie odzywa. To ja go wrednie potraktowałam.
Pimol jest chorzy.
Szajba, dekiel jeden, zapomniał płyt przekazać.
A w Chinach dalej protestują.
Za oknem zima trwa.
Tak jak trawa jest zielona, tak życie Ograniczonych jest nudne.
Ot tak.
Ograniczone umysły już tak mają- są po prostu nudne. Ani o czym z nimi pogadać, ani co ciekawego porobić. Tak tylko gniją, już nawet nie egzystują, gniją jak pierwsze lepsze gówno i gapią się w monitor. Co tam widzą? Inny świat. Lepszy. Idealny. Zapytane przytakują, coś mrukną pod nosem, zrobią skurcz mięśni twarzy i znowu- uff- spokój na kilka chwil od ludzi.
Nie są elokwentne, zacinają się(nie tylko przy goleniu), wyjaskrawiają albo przyciemniają świat. Jak nie wiedzą co powiedzieć albo jak się zachować, robią głupie miny. Nie umieją dobierać ciuchów, nie lubią dyskotek.
Układają plan idealny ucieczki. Starannie i misternie knują. Takie knury z nich. Czasem ktoś wejdzie im w drogę i popsuje jakąś część układanki(Ograniczeni się wtedy cieszą, naprawdę), ale ten ktoś przeważnie szybko znika i mogą działać dalej. Problemem jest fakt, iż nie wiedzą tak dokładnie dokąd chcą uciec. Liczy się idea. Idea podtrzymuje ich każdego dnia od upokarzającego upadku na środku „wychodka” między dwoma budynkami uczelni i upokarzającego zanoszenia się szlochem. To jest takie ograniczone.
Bo właśnie- ograniczenie Ograniczonych jest zabawne. Oni tego nie lubią. Ograniczenia. Jakby nie było ograniczenia jako takie samo w sobie z definicji musi ich ograniczać, więc paradoksalnie odsuwają to swojego rodzaju powołanie czy przeznaczenie, robiąc z siebie durni.
Ale oni też czują. Niekoniecznie lubią jak ktoś się z ich śmieje bez przerwy. To jest smutne. Chyba nie bardzo też lubią jak ktoś ich olewa. To ta nie całkiem rozwinięta duma. I chęć akceptacji. Bo niby w dzisiejszym świecie tolerancja najważniejsza.
Sucha trawa jest żółta. A spalona jest czarna..
Tutaj miała być wesoła notatka. Nawet kilka takich. Ale, wiesz, u mnie tak zawsze- planuję a później i tak gówno. Gówno będzie gównem, anyway, więc na jedno wychodzi. A jaka będzie ta konkretnie notatka to się okaże. (nie potrzeba zbędnych metafor, prawda?)
“Breath it
in and breath it out
and pass it on it's almost out
We're so creative and so much more
We're high above, but on the floor”
Nie wiem jak to się dzieje, że nie potrafię być normalna. Taka nie że szara, nudna i zwykła. Ale normalna. Racjonalna. Na bieżąco. Trzeźwo myśląca. Uśmiechnięta. Optymistyczna. Wesoła. Zabawna. Ładna. Inteligentna. Zamiast tego wszystkiego bujam gdzieś tam w obłokach. Marzę o rzeczach, które mi się nie przytrafią nawet gdybym miała 10 żyć.
Zamiast normalnie gdzieś wychodzić w weekendy, spędzam czas oglądając filmy. Na okrągło. Po nocy mi się śnią filmy i aktorzy. Ale ja to kocham.
Zamiast mieć jakiegoś chłopaka, jak inne normalne osoby, to ja porównuję. Ale ironią jest fakt, że żaden mi nie pasuje, bo żaden nie jest Nortonem, Goslingiem, Oldmanem, Balem, Fiennesem czy Gyllenhalem. Dlatego to jest z góry przesądzone. Lepiej siedzieć w domu i oglądać.
“The deeper
you stick it in your vein
The deeper the thoughts there's no more pain
I'm in heaven, I'm a god
I'm everywhere, I feel so hot”
Lubię spędzać czas ze sobą. To takie łatwiejsze i przyjemniejsze niż kolejne kłótnie i niedomówienia. Tak, rozmawiam też ze sobą.
Czasem żyję marzeniami. Całkowicie. Nie obchodzi mnie co Doda ostatnio powiedziała, co z polityką czy kto gdzie i z kim. Czasem przestawiam swoje myśli na inny poziom. Uciekam gdzieś, gdzie jestem tą „fajną”. Gdzie mnie lubią i znają. Wiem, że to brzmi jakbym miała góra 10 lat. Chyba jestem ciągle jeszcze dzieckiem. No chyba raczej. I to wszystko przez te filmy.
Mam takie coś, że mogę myśleć o 20 rzeczach naraz. I opowiadając coś, robię ciągłe dygresje, coś mi się przypomina. Dlatego nigdy nie umiałam opowiedzieć mamie o czym był film, bo nie umiała się końca doczekać a brat się ze mnie śmiał, że ja bym reklamy nawet opowiedzieć nie umiała. Jakie to przykre. A ostatnio miewam znowu to samo.
Dodatkowo mam sklerozę. Nie pamiętam, że po drodze z przystanku miałam wejść na pocztę, chociaż w autobusie jeszcze pamiętałam. Zapominam zrobić rzeczy, o którą mnie ktoś prosi 10 minut wcześniej. To też jest przykre.
Mam znajomych. Głównie dziewczyny teraz aktualnie. Ale widuję się z nimi ok. 7-8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. I to na zajęciach. Przykre do kwadratu.
Nadal lubię mówić o śmierci. Wystarczająco często jestem zabijana w snach. A ślady po żyletce się już zabliźniają. Do lata powinno zejść.( “it's not a habit, it's cool I feel alive, if you don't have it your on the other side”)
“It's over
now, I'm cold, alone
I'm just a person on my own
Nothing means a thing to me
Oh, nothing means a thing to me”
Widzisz, nawet moje słowa i zdania nie trzymają się ładu i składu. Chcąc coś opisać nie umiem utrzymać tego w jakimś logicznym porządku, bo tego jest za dużo. Czasem chcąc coś szybko napisać przemieniam literki. Ale sam chciałeś się czegoś więcej o mnie dowiedzieć. No to masz.
“Free me,
leave me
Watch me as I'm going down
Free me, see me
Look at me I'm falling
And I'm falling...”
A teraz pozwól, że pójdę spać, bo jutro postanowiłam zrobić sobie kanapki na zajęcia. Bo krzyczeli po mnie jak przez 5 dni jadłam głównie chipsy i pomarańcze. Dobranoc.
..i chciałabym być niewidzialna..
Pieprzony czas. ‘Make a stupid remark, kill yourself. You like the movie, you live. You miss the train, kill yourseIf.’ Nie rozumiesz- nigdy nie zrozumiesz do czego może doprowadzić obojętność innych. I życzę ci tej nieświadomości. Ciesz się, że masz przyjaciół i znajomych na których ZAWSZE możesz liczyć. Że masz komu oddać swe serce, że możesz. Nawet jeśli czasem to wszystko pluje jadem. Popluje, przestanie. (wierz mi, że niektórzy woleliby czuć trochę tego jadu na skórze, niż zdrapywać suchy naskórek).
I, cholera jasna, nie mów mi, że nie wolno się ciąć. Nie mów, że zachowuję się jak dziecko. Że nie wypada dziewczynie pić. Że jestem leniem. Że wredna, że mam głupie myśli, że wątpiąc w moją urodę jestem głupia. Że to całe dołowanie się jest jakimś chorym absurdem.
Nie mów mi. A jeśli już naprawdę chcesz- to najpierw poczuj to co ja. Poczuj taką pierdolną izolację od reszty świata, od rzeczywistości. Poczuj ten ból, którego żaden środek przeciwbólowy nie zwalczy. Poczuj zmęczenie po bezsennej nocy. Poczuj to kołaczące serce po kolejnym koszmarze, kiedy w końcu uda mi się zasnąć. Brak ochoty każdego kolejnego poranka do wstawania z łóżka. Poczuj obojętność. Poczuj tą ochotę znalezienia się po drugiej stronie. I jak wtedy wszystko pulsuje jakby miało wybuchnąć. Poczuj to mrowienie w rękach i swędzenie. I dopiero wtedy mów mi, że życie jest zajebiste.
Ktoś miał mnie zabrać do kina. Ktoś miał mi pożyczyć książkę. Ktoś miał przyjść na kawę. Z kimś miałam iść na piwo. Ktoś miał mnie zaprosić na mecz. Ktoś miał mnie zabrać do domku w górach. A ktoś miał ze mną zjeść domowej roboty kebaba.
Ktoś kiedyś był. I znikł. Kto to był?
I co z tego, że rano będę miała rękę w nocniku. Co z tego, że już jestem COMPLETE lack of surprise. I co że zremisowaliśmy. Że jest 02:30, a o 20:30 naszego czasu zmarł w USA Heath Leder zmarł. Że nawet trochę popisaliśmy. Ale że fak ju. No na co mi to wszystko?!
Z własnego lenistwa będę miała rękę w nocniku, bo MOGŁAM, owszem, ja zawsze mogę, ale później, po fakcie. Nic mnie już nie zaskoczy, nawet gdybym pod oknem miała stado słoni z karteczką „Pozdrawiamy z Alaski. Mama i tata.” Zremisowaliśmy, cholera, bo do dupy graliśmy, a ja miałam prawie zawał. On zmarł, 29 lat, tajemnica Brokeback Mountain jedna. Taaa pisaliśmy o dupie Maryni, jak zwykle. Fak juuuu dla wszystkich.
Mam cholera doła pierdolnego. Jak długo? Hmm, jakieś 5 lat, I think. Who cares anyway?
Lepiej nic nie wiedzieć. Nie mówić. Nie myśleć. Nie być. Umrzeć.
Cholerna bezsenność. Dopada człowieka zawsze wtedy kiedy nie trzeba. Jak o 7.30 rano po całonocnym piciu nie chcę iść spać, zasypiam nieprzytomnie. A jak muszę rano wcześnie wstać, to proszę bardzo- ni chuja.
Leżąc w łóżku sobie rozmyślam przez pół nocy co zrobiłam, co zrobię, co jest nie tak a co tak. To nie chodzi o to, że nie umiem spać, bo się czymś przejmuję. To takie flashbacki we wspomnieniach bliższych i dalszych. Nic zobowiązującego. Jak zwykle..
Nowy rok. Nowy styczeń, luty, nowe wakacje, nowe święta. Nowe urodziny- znowu muszę sobie jakiś sms zapisać, żeby posyłać przez najbliższe 12 miesięcy. Powitałam go bardzo miło. W stanie lekko wskazującym. Lekko bardzo zresztą. Ale ci nowo poznani ludzie byli mi poniekąd bardzo potrzebni. Taka odskocznia, coś innego. Nowego. Jakaś forma terapii, potrzeba chwili(dość długiej chwili). Było cudownie wręcz. Żałuję tylko jednej rzeczy, której nie zrobiłam. Ale tego lepiej nie napiszę na głos. Może kiedyś.. Fajni ludzie, naprawdę. Aż zazdroszczę bratu i koleżankom, że mieszkają w tym akademiku. W sumie, odwiedzać ich zawsze mogę, a tak pewnie z moimi skłonnościami do nałogów zostałabym alkoholikiem. Jest jakaś dobra strona tego wszystkiego. I tej wersji się trzymajmy.
Że piję? Coraz częściej? Nie jestem pijakiem. Nie muszę pić. Nie chcę także nikomu zaimponować. Bo jak można imponować piciem alkoholu? Po prostu lubię. Nie wiem dlaczego, jakoś okazji robi się coraz częściej. Nikt mi nie zabrania, nawet w ciągu tygodnia- niby czemu miałby ktoś to robić, skoro nie mam kaca na następny dzień, nie rzygam i mogę dużo wypić? I tak mogę pić teoretycznie od poniedziałku do niedzieli. Bez żadnych konsekwencji. Jako ukochana córeczka, ta zdolna, która zawsze musi być idealna i najlepsza, wstając rano na zajęcia i nie mając bólu głowy, jestem rozgrzeszana. Rozgrzeszana tylko na podstawie tego, że rano mówię normalnie, chodzę normalnie i nic mnie nie boli. To już podczas okresu gorzej się czuję. No ale wracając, piję, tak. Wino, wódkę, piwo. Wina chyba ostatnio najwięcej. Wódkę tylko na specjalne okazje. Jak już pisałam, takowych okazji jest coraz więcej.
A co wtedy czuję? Co mi to całe picie daje? Nic. Nic oprócz tego dziwnego stanu uniesienia, który łatwo można zamienić w rozmowę z kiblem. Jakby się wypiło o ten jeden kieliszek więcej. Ten stan pozwala mi na wiele- głównie na rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła. Podoba mi się chłopak- mogę sama zagadać. Pokłóciłam się z kimś- rozmawiam, czy przepraszam. Może nie chodzi tutaj o odwagę(chociaż zapewne też), ale alkohol zakrywa mi dumę i wstyd. W końcu zawsze można powiedzieć, że się jest pijanym. Proste. I uczucie sławnego ‘helikoptera’. Ale on jest fajny tylko do momentu położenia się do łóżka.
Wszystko się rozsypało. Ot tak. Wypadło z rąk(tak jak mi zawsze wszystko wypada) i rozpadło się. Znajomości się rozpadają. Związki też. Przyjaźnie. Więzy.
Nie ma miłości.